Po śladach „niemieckich butów”: Jak mnisi z Borun krewski cudowny obraz wykradli
Jesienią 1781 roku lokalną społecznością w Krewie wstrząsnęło zuchwałe przestępstwo – z miejscowej cerkwi Świętego Mikołaja został skradziony cudowny obraz Matki Bożej. Archiwalna sprawa sądowa, która zawiera zeznania świadków i oględziny miejsca zdarzenia, pozwala dosłownie godzina po godzinie odtworzyć tę historię, której głównymi figurantami stali się krewski kapłan Jan Leśniewski i mnisi-bazylianie z sąsiednich Borun.
Dramatyczne wydarzenia zaczęły rozgrywać się bezpośrednio na Narodzenie Najświętszej Bogurodzicy – 8 września. W tym czasie na Krewo zwaliła się straszliwa niepogoda. W świąteczny dzień w miasteczku znajdował się główny podejrzany – mnich-bazylianin Szymon Wojniłowicz, który był zaproszonym gościem na plebanii krewskiego kapłana Jana Leśniewskiego.
Wywiad i noc przestępstwa

Na posiedzeniu sądu, które odbyło się 24 listopada, świadkowie oskarżenia Wiktor Michałowski i Józef Magier zeznali, że widzieli, jak mnich przez ponad pół godziny pilnie przyglądał się ołtarzowi, a także uważnie mierzył oczami wysokość okien cerkwi.
Po gościnie kapłan Leśniewski polecił swojemu osobistemu parobkowi Stefanowi Kopciowi odwieźć mnicha do domu w Borunach. Podczas przesłuchania parobek przyznał się, że jak tylko wyjechali z Krewa, Wojniłowicz dał mu swoistą łapówkę w postaci drobnej monety i zaczął pytać, kto i jak pilnuje obrazu w cerkwi Świętego Mikołaja. Otrzymawszy potwierdzenie, że silnej ochrony nie ma, mnich tego samego wieczoru razem ze swoim wspólnikiem miejscowym szlachcicem panem Sidorowiczem konno wrócił do Krewa. Świadek z Borun pod przysięgą powiedział, że widział na własne oczy, jak około szóstej godziny wieczorem mnich Wojniłowicz wyjeżdżał z klasztoru.
Żeby nie przyciągać uwagi, złodzieje nie pojechali konno pod samą cerkiew. Zgodnie z materiałami oględzin miejsca zdarzenia, przywiązali konie w rowie pod rozłożystą gruszą w odległości około trzech stajań (około 400 metrów – red.) od cmentarza cerkiewnego. Żeby przeniknąć do zamkniętej kaplicy, użyli przyniesionej ze sobą drewnianej kłody i wyjęli okno.
Cudowny obraz był przymocowany do masywnej drewnianej deski w ołtarzu i zabezpieczony żelaznymi kratami, dlatego włamywaczom przyszło dosłownie wydzierać świętość z brutalną siłą fizyczną.
Po gorących śladach
Rano krewscy mieszkańcy rzucili się w pogoń. Podczas nocnego włamania na wilgotnej po deszczu ziemi obok cerkwi pozostały głębokie ślady, które świadkowie opisali jako odciski od „niemieckich butów”. Było to stuprocentowym znakiem tego, że chodził tu ktoś nie z miejscowych i nie z prostych ludzi, ale człowiek szlacheckiego lub duchownego stanu, który ubierał się według miejskiej zachodniej mody.
W poszukiwaniach przestępców najbardziej wyróżnił się Jan Leonowicz. Szedł on po końskich śladach aż do młyna w Wierebuszkach. Żona tamtejszego młynarza potwierdziła, że jeźdźcy przemknęli obok późną nocą w samą burzę. Leonowicz domyślił się zdjąć miarę z odcisków kopyt obok młyna – później idealnie zbiegła się ona ze śladami obok okradzionej cerkwi. Na drodze w stronę Borun ludzie znaleźli w polu rozszczepioną drewnianą deskę, do której mocowana była świętość, rozrzucone ozdoby i monety.

Ostatecznie zdemaskować przestępców pomogła ich własna pijana pycha. Wojniłowicz i Sidorowicz zrobili postój w miejscowej karczmie w Popielewiczach. Świadek Józef Magier zameldował komisji śledczej, że wspólnicy pili tam wódkę i absolutnie nieostrożnie na głos chwalili się swoim uczynkiem: „Ot nikt nie słyszał w Krewie, jak my obraz z cerkwi ukradliśmy”.
Co wiadomo o dalszym losie ikony
Dopóki trwało śledztwo, miasteczko ogarnęły plotki. Miejscowy stolarz wygadał się, że spieszy się z pracą, bo bazylianie rozkazali mu wbudować skradziony krewski obraz w wielki ołtarz boruńskiego klasztoru. Wędrowny żebrak opowiadał, że obraz przywieźli do Borun, ale kiedy miejscowy kapłan chciał wynieść go na mszę, to raptownie zległ od strasznej choroby. Dlatego przestraszeni mnisi szybko pozbyli się świętości. Panowała wersja, że obraz „poszedł z dymem do góry”, to znaczy został spalony. Świadkowie ze strony mnichów udowadniali, że żadnej kradzieży w ogóle nie było, a obraz chytrze schował sam krewski kapłan Leśniewski.
Co tak naprawdę stało się ze świętością i jaką karę otrzymali przestępcy, prawdopodobnie można dowiedzieć się z protokołu finałowego posiedzenia sądu w sprawie, które było zaplanowane na 29 listopada 1781 roku. Jednak na dzisiaj nie wiadomo, czy zachował się taki dokument i gdzie.









