Zabójstwo duchownego Lewanczuka i jego rodziny. Co wydarzyło się w tragiczną noc 80 lat temu

Wraz z przyjściem Niemców na ziemie zachodniobiałoruskie podczas II wojny światowej miejscowi Polacy lub, z reguły, spolonizowani Białorusini zaczęli wydawać hitlerowcom dawnych działaczy radzieckich. Nierzadko w szeregi „wrogów” trafiali i przedstawiciele inteligencji białoruskiej, którzy jeszcze w czasach przedwojennych walczyli z polonizacją. Taki los spotkał i krewskiego duchownego Michała Lewanczuka, jego córkę i siostrzenicę, których zabili aktywiści Armii Krajowej.
Wydarzenia tragicznej nocy, o której sami „akowcy” nie lubią wspominać w swoich pamiętnikach, relacjonuje krajoznawca Aleksander Kamiński.
Co się stało
W nocy z 14 na 15 marca 1944 roku do domu prawosławnego duchownego udała się grupa „akowców” składająca się z trzech osób. Według słów najstarszych mieszkańców, byli to tak zwani „Polacy” z tutejszych. O istnieniu rozkazu likwidacji rodziny Lewanczuków wiadomo ze wspomnień Adama Walczaka, jednego z dowódców operacji zajęcia garnizonu policji litewskiej w Krewie, która odbyła się tej samej nocy.
W domu Lewanczuków byli sam ojciec Michał, córka Łarysa, siostrzenica Walentyna i służąca z miejscowych. Żona duchownego Elżbieta i syn Leonid byli na wyjeździe, dlatego udało im się uniknąć rozprawy. W swoich pamiętnikach Adam Walczak z żalem pisze, że rodzina duchownego tej nocy nie była w pełnym składzie.
Kiedy mordercy załomotali do drzwi, służąca zdążyła schować się w piwnicy pod domem, co uratowało jej życie. Stamtąd słyszała wszystko, co działo się na górze, a później opowiedziała to, co usłyszała, współmieszkańcom wioski.
Otworzywszy drzwi, ojciec Michał zrozumiał, co go czeka. Poprosił oprawców, aby pozwolili mu pomodlić się przed śmiercią. „Akowcy” w tym czasie przyprowadzili do pokoju córkę i siostrzenicę. W ich obecności jeden z bandytów włożył do ust duchownego karabin i wystrzelił. Zaraz potem zabito również dziewczęta.
Za co zabito Lewanczuka
Krewskiemu duchownemu i jego rodzinie zarzucano „szkodliwą działalność przeciwko Polakom”. Sformułowanie to było podpierane także twierdzeniem, że Lewanczukowie rzekomo współpracowali z władzami okupacyjnymi. Ale co tak naprawdę stało za takim oskarżeniem?
Już w czasach przedwojennych duchowny Michał Lewanczuk śmiało wypowiadał się przeciwko polonizacji zachodnich Białorusinów i był zwolennikiem białorutenizacji Cerkwi prawosławnej. Świadczą o tym najstarsi mieszkańcy miasteczka i inni współcześni w swoich wspomnieniach. Znany białoruski duchowny katolicki Adam Stankiewicz, na przykład, zapisał w swoim dzienniku przypadek, gdy polscy nauczyciele ze szkół spod Krewa przyprowadzili swoich uczniów do cerkwi na wycieczkę. Nie zważając na uwagi i protest ze strony wykładowców, duchowny prowadził rozmowę z uczniami w ojczystym dla nich języku białoruskim, a nie po polsku.
Uzyskawszy od niemieckiego dowództwa w Mińsku odpowiednie pozwolenie, ojciec Michał otworzył w jednej z części swojego domu białoruską szkołę. On sam, a także jego córka Łarysa i siostrzenica Walentyna Szkućko, która przyjechała z Mińska, zaczęli prowadzić tu zajęcia.
Istnieją świadectwa o tym, że podczas wojny Lewanczuk ratował młodzież przed wywozem na roboty przymusowe do Niemiec.

Widocznie otwarcie białoruskiej szkoły na terytorium, które przed wojną należało do Polski, było dla Polaków ową szkodliwą działalnością. A usilne zwracanie się duchownego do władz okupacyjnych o pozwolenie na to, jak i wstawiennictwo u nich w obronie młodzieży, zostały przez nich sklasyfikowane jako współpraca.
Kto jeszcze zginął z rąk „akowców”
Jeszcze po drodze do Krewa, wstąpiwszy do sąsiedniej wsi Czuchny, „akowcy” rozprawili się z Konstantym Hermanem i Stefanem Gomanem. Pierwszy z nich zostawił czworo dzieci osieroconych, przy czym najmłodsze miało zaledwie cztery tygodnie. Ludziom tym zarzucano, że wraz z nadejściem władzy radzieckiej zostali wybrani na deputowanych ludowych. W jakiś sposób w pierwszych dniach okupacji ludzie ci pozostali poza uwagą Niemców i nie zostali rozstrzelani, jak to się stało z kilkoma mieszkańcami miasteczka i niektórych sąsiednich wsi oskarżonymi o współpracę z komunistami.
Według relacji najstarszych mieszkańców, tej samej nocy został zabity również lekarz z Borun, który także uczestniczył w ruchu białoruskim i odmówił współpracy z Armią Krajową.
Nieco wcześniej, 23 lutego tego samego roku, we wsi Rakowce legioniści zabili dawnych działaczy kołchozowych Iwana i Piotra Andryjałowiczów, Konstantego Stryhę, Juliana Tytusza. Cudem udało się uratować przed rozprawą byłemu przewodniczącemu kołchozu Konstantemu Kazakiewiczowi: w czasie przyjścia nieproszonych gości nie było go w domu. We wsi Ludwinowo, rzekomo za przyjazny stosunek do władzy radzieckiej, polscy partyzanci rozstrzelali Mikołaja Stryhę. W Krywsku za to samo zostali zabici Teodor Durko, Stanisław Rodziewicz, Antoni Kazak. We wsi Rakutiewo rozstrzelano pięcioosobową rodzinę Stryhów. Ludziom tym wraz z nadejściem władzy radzieckiej oddano do zamieszkania opustoszały po wrześniu 1939 roku dwór pański. Kiedy wraz z przyjściem Niemców wrócił jego gospodarz, Stryhowie zostali zmuszeni do przeniesienia się do swojego dawnego miejsca zamieszkania. Jednak temu wydało się to niewystarczające i wraz ze swoimi sojusznikami z Armii Krajowej wykorzystał dogodny moment, aby rozliczyć się z biedakami, pozbawiając ich życia.









