Zabójstwo duchownego Lewanczuka i jego rodziny. Co wydarzyło się w tragiczną noc 80 lat temu

14 marca 2024
Michał Lewanczuk z rodziną i wiernymi w latach 30. XX wieku
Michał Lewanczuk z rodziną i wiernymi w latach 30. XX wieku. Zdjęcie z kolekcji Siergieja Michalewicza

Wraz z przyjściem Niemców na ziemie zachodniobiałoruskie podczas II wojny światowej miejscowi Polacy lub, z reguły, spolonizowani Białorusini zaczęli wydawać hitlerowcom dawnych działaczy radzieckich. Nierzadko w szeregi „wrogów” trafiali i przedstawiciele inteligencji białoruskiej, którzy jeszcze w czasach przedwojennych walczyli z polonizacją. Taki los spotkał i krewskiego duchownego Michała Lewanczuka, jego córkę i siostrzenicę, których zabili aktywiści Armii Krajowej.

Wydarzenia tragicznej nocy, o której sami „akowcy” nie lubią wspominać w swoich pamiętnikach, relacjonuje krajoznawca Aleksander Kamiński.

Co się stało

W nocy z 14 na 15 marca 1944 roku do domu prawosławnego duchownego udała się grupa „akowców” składająca się z trzech osób. Według słów najstarszych mieszkańców, byli to tak zwani „Polacy” z tutejszych. O istnieniu rozkazu likwidacji rodziny Lewanczuków wiadomo ze wspomnień Adama Walczaka, jednego z dowódców operacji zajęcia garnizonu policji litewskiej w Krewie, która odbyła się tej samej nocy.

W domu Lewanczuków byli sam ojciec Michał, córka Łarysa, siostrzenica Walentyna i służąca z miejscowych. Żona duchownego Elżbieta i syn Leonid byli na wyjeździe, dlatego udało im się uniknąć rozprawy. W swoich pamiętnikach Adam Walczak z żalem pisze, że rodzina duchownego tej nocy nie była w pełnym składzie.

Kiedy mordercy załomotali do drzwi, służąca zdążyła schować się w piwnicy pod domem, co uratowało jej życie. Stamtąd słyszała wszystko, co działo się na górze, a później opowiedziała to, co usłyszała, współmieszkańcom wioski.

Otworzywszy drzwi, ojciec Michał zrozumiał, co go czeka. Poprosił oprawców, aby pozwolili mu pomodlić się przed śmiercią. „Akowcy” w tym czasie przyprowadzili do pokoju córkę i siostrzenicę. W ich obecności jeden z bandytów włożył do ust duchownego karabin i wystrzelił. Zaraz potem zabito również dziewczęta.

Za co zabito Lewanczuka

Krewskiemu duchownemu i jego rodzinie zarzucano „szkodliwą działalność przeciwko Polakom”. Sformułowanie to było podpierane także twierdzeniem, że Lewanczukowie rzekomo współpracowali z władzami okupacyjnymi. Ale co tak naprawdę stało za takim oskarżeniem?

Już w czasach przedwojennych duchowny Michał Lewanczuk śmiało wypowiadał się przeciwko polonizacji zachodnich Białorusinów i był zwolennikiem białorutenizacji Cerkwi prawosławnej. Świadczą o tym najstarsi mieszkańcy miasteczka i inni współcześni w swoich wspomnieniach. Znany białoruski duchowny katolicki Adam Stankiewicz, na przykład, zapisał w swoim dzienniku przypadek, gdy polscy nauczyciele ze szkół spod Krewa przyprowadzili swoich uczniów do cerkwi na wycieczkę. Nie zważając na uwagi i protest ze strony wykładowców, duchowny prowadził rozmowę z uczniami w ojczystym dla nich języku białoruskim, a nie po polsku.

Uzyskawszy od niemieckiego dowództwa w Mińsku odpowiednie pozwolenie, ojciec Michał otworzył w jednej z części swojego domu białoruską szkołę. On sam, a także jego córka Łarysa i siostrzenica Walentyna Szkućko, która przyjechała z Mińska, zaczęli prowadzić tu zajęcia.

Istnieją świadectwa o tym, że podczas wojny Lewanczuk ratował młodzież przed wywozem na roboty przymusowe do Niemiec.

Odbudowa cerkwi świętego Aleksandra Newskiego pod kierownictwem Michała Lewanczuka pod koniec lat 20. XX wieku
Odbudowa cerkwi świętego Aleksandra Newskiego pod kierownictwem Michała Lewanczuka pod koniec lat 20. XX wieku. Zdjęcie z kolekcji Aleksandra Kamińskiego

Widocznie otwarcie białoruskiej szkoły na terytorium, które przed wojną należało do Polski, było dla Polaków ową szkodliwą działalnością. A usilne zwracanie się duchownego do władz okupacyjnych o pozwolenie na to, jak i wstawiennictwo u nich w obronie młodzieży, zostały przez nich sklasyfikowane jako współpraca.

Kto jeszcze zginął z rąk „akowców”

Jeszcze po drodze do Krewa, wstąpiwszy do sąsiedniej wsi Czuchny, „akowcy” rozprawili się z Konstantym Hermanem i Stefanem Gomanem. Pierwszy z nich zostawił czworo dzieci osieroconych, przy czym najmłodsze miało zaledwie cztery tygodnie. Ludziom tym zarzucano, że wraz z nadejściem władzy radzieckiej zostali wybrani na deputowanych ludowych. W jakiś sposób w pierwszych dniach okupacji ludzie ci pozostali poza uwagą Niemców i nie zostali rozstrzelani, jak to się stało z kilkoma mieszkańcami miasteczka i niektórych sąsiednich wsi oskarżonymi o współpracę z komunistami.

Według relacji najstarszych mieszkańców, tej samej nocy został zabity również lekarz z Borun, który także uczestniczył w ruchu białoruskim i odmówił współpracy z Armią Krajową.

Nieco wcześniej, 23 lutego tego samego roku, we wsi Rakowce legioniści zabili dawnych działaczy kołchozowych Iwana i Piotra Andryjałowiczów, Konstantego Stryhę, Juliana Tytusza. Cudem udało się uratować przed rozprawą byłemu przewodniczącemu kołchozu Konstantemu Kazakiewiczowi: w czasie przyjścia nieproszonych gości nie było go w domu. We wsi Ludwinowo, rzekomo za przyjazny stosunek do władzy radzieckiej, polscy partyzanci rozstrzelali Mikołaja Stryhę. W Krywsku za to samo zostali zabici Teodor Durko, Stanisław Rodziewicz, Antoni Kazak. We wsi Rakutiewo rozstrzelano pięcioosobową rodzinę Stryhów. Ludziom tym wraz z nadejściem władzy radzieckiej oddano do zamieszkania opustoszały po wrześniu 1939 roku dwór pański. Kiedy wraz z przyjściem Niemców wrócił jego gospodarz, Stryhowie zostali zmuszeni do przeniesienia się do swojego dawnego miejsca zamieszkania. Jednak temu wydało się to niewystarczające i wraz ze swoimi sojusznikami z Armii Krajowej wykorzystał dogodny moment, aby rozliczyć się z biedakami, pozbawiając ich życia.